Nowe Podkarpacie

Reklama
Reklama

Tajemnice zamku Sobień

Email
Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Średniowieczny zamek skrywa w sobie wiele tajemnic. Do dziś krąży legenda o zamurowaniu niewiernej żony przez kasztelana Kmitę.

W 1474 roku, w odwecie za spustoszenie Górnych Węgier przez wojska królewicza Władysława Jagiellończyka, pretendenta do tronu węgierskiego, Tomasz Tarczay wtargnął na polską Ruś, a jego oddziały przeszły niszczącą falą przez Małopolskę. Jan Długosz podaje, że najeźdźcy grabili nie tylko miasta, ale spalili też około 200 wsi. Nie oparł im się zamek Sobień, rodowa siedziba Kmitów, właścicieli rozległych dóbr w ziemi sanockiej. Była to silnie ufortyfikowana warownia, stojąca na wręcz niedostępnej górze. Została zdobyta i zniszczona. Kmitowie zrezygnowali z jej odbudowy i wznieśli nowy zamek w pobliskim Lesku. Ruiny warowni są dziś trwałą pamiątką po tych wydarzeniach.

 

 

Ciekawe historie

W latach 70. ubiegłego stulecia, malowniczymi murami zainteresował się Tadeusz Żurowski, archeolog, pochodzący z Sanoka. Podjął w obrębie zamku wykopaliska, a ja, pełniąc wówczas funkcję konserwatora zabytków, często na Sobień zaglądałem, śledząc przebieg prac. Pan Tadeusz nie ograniczał się do kopania w ziemi, lecz chciał koniecznie zrekonstruować zachowaną we fragmentach basztę, przez którą prowadził wjazd na zamek. „Podrzucałem” mu swoim trabantem worki z cementem i wapno, a jego ekipa rzeczywiście odbudowała sporą część owej baszty.

Archeolog był, poza umiejętnościami zawodowymi, znakomitym gawędziarzem, a ponadto pasjonatem historii średniowiecza. Siadaliśmy pośród ruin, spoglądając na malowniczą dolinę Sanu, a pan Tadeusz snuł różne, dziwne opowieści. Jedna z nich wiązała się bezpośrednio z jego zainteresowaniem Sobieniem.

Otóż podczas I wojny światowej, stryj Żurowskiego służył w wojsku austriackim jako oficer artylerii. Jesienią 1914 trwały zacięte walki w dolinie Sanu i Hoczewki, Austriacy usiłowali zmusić do odwrotu wojska rosyjskie, te zaś miały taki sam plan w stosunku do armii cesarza. Szala powodzenia przechylała się, raz na jedną, raz na drugą stronę, lecz rozstrzygnięcia nie było. Młody kapitan, dowodzący dywizjonem artylerii otrzymał rozkaz, żeby zająć stanowiska na wzgórzu zamkowym i przystąpić do ostrzału Leska, zajętego przez Rosjan. Z platformy na szczycie wzgórza miasto widoczne było jak na dłoni. Z tej odległości artyleria mogła razić bardzo skutecznie.

Problem polegał na tym, że aby otworzyć ogień, najpierw trzeba było wciągnąć na zamek ciężkie działa. Kto był na Sobieniu ten wie, że jego zbocza są piekielnie strome i trudno tam wejść, a co dopiero wtaszczyć działa. Nie można było wykorzystać koni, bo za stromo, więc pozostawało tylko użycie mięśni żołnierzy. Przez całą dobę artylerzyści pracowali w pocie czoła i dokonywali nadludzkich wysiłków, żeby z pomocą lin i powrozów wciągnąć to żelastwo na górę. Byli potwornie wyczerpani, padał deszcz, koła dział grzęzły w błocie, ślizgały się po skałach, lecz dzielni cesarscy wojacy w końcu dopięli swego.

Po krótkim odpoczynku zaczęli owe działa ustawiać i kierować lufami w stronę Leska. Kiedy już wszystko było gotowe i szykowali się do ataku na miasto, przyjechał na koniu łącznik ze sztabu z nowym rozkazem. Brzmiał on krótko: zwinąć stanowiska i wycofać się w kierunku Sanoka. Kapitan był zdruzgotany, żołnierze prawie że płakali ze złości. Cała ich ciężka praca poszła na marne, a na domiar złego, musieli te przeklęte armaty ściągać z zamku. Dobrą stroną niespodziewanie odwołanej akcji było to, że Lesko uniknęło ostrzału artyleryjskiego, który starłby je z powierzchni ziemi. Oficerowi śnił się Sobień do końca życia i były to sny koszmarne.

 

Zamurowana kasztelanowa

Dociekliwego archeologa intrygowała bardzo legenda, związaną z zamkiem. Według niej, piękna żona kasztelana Kmity (w legendach żony są zawsze piękne) zakochała się w węgierskim rycerzu, który od czasu do czasu odwiedzał Sobień, zanim jeszcze przybył ze swoimi ludźmi, żeby go zburzyć. Korzystając z częstej nieobecności męża, zajętego nieustannym wojowaniem, kasztelanowa namiętnie przyprawiała mu rogi. Niestety, zdradził ją podstępny i fałszywy sługa i kasztelan dowiedział się o wiarołomności. Zamknął niewierną w zamkowych lochach i dla pewności, jeszcze zamurował. Zostawił jej tylko dzban z wodą, żeby mogła się napić, zanim umrze z głodu.

Pan Tadeusz chciał się przekonać, czy pod zamkiem rzeczywiście były lochy, kopał więc wytrwale, zabezpieczał głębokie wykopy deskami i dążył do celu. Właśnie przyjechałem w kolejne odwiedziny, tym razem bez worka z cementem. Było piękne, jesienne popołudnie. Archeolog siedział zadumany nad wykopem i na pierwszy rzut oka widać było, że jest czymś bardzo poruszony. Zajrzałem i ja w jamę wydrążoną pośrodku dziedzińca. Na głębokości około 4 metrów widać było mały fragment kamiennego muru, obok bielały kości, bez wątpienia ludzkie i poniewierały się gliniane skorupy.

Nie wiem, czy były to doczesne szczątki pięknej kasztelanowej, odkrycie robiło jednak wrażenie. „Wiadomość”, która pochodziła zapewne z XV wieku, w sposób raczej niezwykły dotarła do współczesnych. Mówią, że w każdej legendzie tkwi ziarno prawdy – w tym przypadku było to znacznie więcej niż ziarno.

Artur Bata

 

Nowe Podkarpacie nr 24 z 11 czerwca 2014

Ponadto w aktualnym wydaniu znajdziesz przegląd wydarzeń z regionu,

informacje sportowe, program TV,

Zapraszamy!

Martwi cię coś, lub denerwuje? Napisz do Nas!

Pseudonim
Email:
Temat
Wiadomość

Ogłoszenia ostatnio dodane

All rights reserved: Nowe Podkarpacie Designed by: KAJUS